TRANSMISJA NA ŻYWO  

 

TRANSMISJA  Z KOŚCIOŁA
NIEDZIELA
godz. 07.00, 09.00, 11.00

   

KONTO PARAFIALNE  

Numer konta parafialnego: 

76859100070300029783540001

 

   

LITURGIA SŁOWA BOŻEGO  

   

BIBLIA MP3  

   

Warto przeczytać  

AUTOR
Ks. dr hab. Zbigniew Wolak
>> czytaj więcej... <<

Rozważania publikowane
na naszej stronie
=>> ZOBACZ <<=

   

Felietony /archiwum/  

>> czytaj więcej... <<

Śp Ks. Proboszcz
mgr Wiesław Jemioło
/autor/

   

MÓL KSIĄŻKOWY POLECA  

ARCHIWUM

/ŚP. Wiesław Kutek/
Kto czyta - żyje wielokrotnie
Kto zaś z książkami
obcować nie chce -
na jeden żywot jest skazany

   

MISJE W KAZACHSTANIE  

NASZ RODAK NA MISJACH
W KAZACHSTANIE


Ks. mgr Piotr Kluza

 

   

Ciekawe Linki  

   

„Oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień, mówi Pan Zastępów, tak że nie pozostawi po nich ani korzenia, ani gałązki. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego promieniach” (Ml 3).

Czy należymy do pysznych i krzywdzicieli, czy do czczących imię Pańskie? Raczej do tych ostatnich, ale jak to zwykle bywa, póki żyjemy, gdy jeszcze nie umieramy, najczęściej mamy w sobie wszystkiego po trochu – i dobrego, i złego. I dlatego słuchamy proroctwa Malachiasza, listu św. Pawła i ewangelii spisanej przez św. Łukasza. Chcemy lepiej poznać siebie samych, lepiej poznać Boga i to, co nam zaleca. Bo ten dzień palący jak piec, niszczący złych, jest dziś. I dziś wschodzi słońce sprawiedliwości, dziś przychodzi Jezus, który chce naszego  uzdrowienia. Potrzebuje oczywiście naszej pomocy: naszej wiary, ufności, nadziei, miłości, pracy nad sobą, pracy nad naszym otoczeniem, które możemy udoskonalać. I naszego dobrego przykładu, gdziekolwiek trafi się okazja. To wspaniała rzecz, że my słabi, grzeszni, nie zawsze tacy ważni i mądrzy, jak się nam wydaje, możemy ciągle czynić tak wiele dobra – dla siebie i dla innych. 

Przypomniała mi się historyjka sprzed 20 lat (spisałem sobie, żeby nie pokręcić, w końcu 20 lat to nie wczoraj). Byłem wtedy pierwszy raz w Ameryce, w parafii Webster, w diecezji Worcester, niedaleko Bostonu, czyli stan Massachusetts. To była parafia polsko-amerykańska, spotkałem tam masę ciekawych ludzi, i Amerykanów, i Polaków. I właśnie grupa Polaków, sąsiedzi z jednej okolicy, blisko się trzymali, lubili, urządzali spotkania, zwłaszcza w soboty i oczywiście zapraszali. Pojechałem raz – samochodem, dla świętego spokoju, żebym nie musiał kosztować specjałów procentowych. Siedzimy przy grillu, mój sąsiad przy stoliku, oczywiście znajomy z kościoła, przyjechał z żoną, ona prowadziła, więc nalał piwka i upił troszkę. Mnie wtedy smakował bardzo ichniejszy sok pomidorowy, to sobie polałem i wychyliłem. Tamten popił wody, soku i za jakiś czas znowu skosztował piwa, tak troszeczkę. To go w końcu pytam, czy nie lubi piwa. On na to, że nie specjalnie. Że już dawno ojciec mu powiedział, że woda lepsza – pożytek ten sam, co z piwa, a nie śmierdzi. To pytam, czy ojciec był abstynentem. On mówi, że prawie, ale nie od początku. Mówi, że ojciec jego to był w ogóle bardzo mądry gość, nieźle wykształcony, oczytany, otwarty na nową wiedzę. Ale był czas, że lubił trochę za dużo pociągać z flaszki. Żona trochę narzekała, on nie bardzo jej słuchał, ale przyszedł moment, że zmienił ten obyczaj. A jak się to stało? 

Otóż miał sąsiada. Dość zamożny, życzliwy, chętny do pomocy, ale za mądry to nie był. Potrafił bez końca przynudzać o krowach, koniach i polityce, a na niczym się za wiele nie znał, tylko mu się tak wydawało. Miał głos eksperta, a wiedzę… no, szkoda gadać, prawie żadną. No i często przychodził do tego ojca, o którym mówimy, ten stawiał flaszkę, a sąsiad ględził i ględził. Jednak pewnego razu sąsiad przyszedł, jak zwykle, ojciec wyciągną flaszkę, jak zwykle, a sąsiad mówi, że nie za bardzo ma ochotę. Mówi, że od tego picia to ani zdrowszy nie jest, ani mądrzejszy (no, co racja, to racja, myśli ojciec). I jeszcze mówi sąsiad, że żona gospodarza to taka dobra i miła kobieta, a na niego krzywo patrzy, bo przychodzi, sam pije i jeszcze chłopa jej rozpija. To nie będzie tutaj pił, poprosił o herbatę i oczywiście zaczął jak zawsze nawijać o koniach, krowach i polityce. Potem poszedł. A ojciec – powiada mój towarzysz przy stoliku – pomyślał sobie wtedy: jak ten cymbał może mieć tyle rozumu, żeby odmówić sobie tej durnej flaszki, to ja nie potrafię? Przecież ja też od tego nie jestem ani zdrowszy, ani mądrzejszy, no a moja żona rzeczywiście jest fajna i dobrze by było zrobić jej taką przyjemność. I od tego momentu pił coraz mniej, potem już bardzo rzadko, a do tego synowi dał dobrą radę i oczywiście dobry przykład. Tak się skończyło opowiadanie, któryś z nas stwierdził, że na tym świecie i cymbały się mogą przydać. Po czym stuknęliśmy się szklaneczkami i przepili – ja sokiem pomidorowym, on wodą – z gazem, to to przecież impreza była. 

Taka historyjka, jedna z wielu. A pamiętacie syna marnotrawnego? Wrócił do ojca, bo nie chciał świńskiego żarcia jeść, chciał troszkę ojcowego chleba skosztować, a dostał utuczone cielę i przeogromną miłość swojego ojca. Czasem jakiś nieważny na pozór powód może być znakiem od Boga, który chce nam wskazać lepszą drogę. Jezus chciał, byśmy się uczyli nawet od ptaków niebieskich, lilii polnych i domów na piasku, które się rozsypują, żeby przypomnieć nam, że i ludzkie życie powinno mieć swoje mocne fundamenty. Kiedy je mamy, nie musimy się nawet bać tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą. Ale dopóki żyjemy, dbamy oczywiście o to, żeby nasze dusze były jak najlepsze i żeby nasze ciała też czyniły dobro. 

Dzisiejsze czytania w ciekawy sposób łączą przerażające proroctwa o końcu świata, klęskach i katastrofach z najzwyklejszą zachętą do porządnej pracy, do tego, żeby się nie zajmować rzeczami niepotrzebnymi, ale dobrze wykorzystać czas naszego pobytu na ziemi. Nazywamy go też „czasem zasługi”, bo jeszcze możemy wiele zmienić, poprawić, udoskonalić. W tym przede wszystkim nasz charakter, czyli zespół stałych dyspozycji, inaczej sprawności czy nawyków. Nie wszystko od nas zależy, ale zależy wystarczająco wiele, żeby warto było wziąć się za siebie, zadbać o rozwijanie dobrych nawyków, o nabywanie sprawności, dzięki którym różne dobre rzeczy będziemy robić z coraz większą wprawą i łatwością. 

Módlmy się o mądrość i siłę, o żarliwość serca, ochotę do wzrastania. Szukajmy też ludzkich sposobów, zadawajmy się jak najwięcej z ludźmi, którzy są lepsi i mądrzejsi od nas, żeby się od nich uczyć i brać z nich przykład. A nawet warto korzystać z mediów, choćby z Internetu, na który się tak wiele się narzeka, zresztą dość słusznie – ale przypomina on zarówno koryto ze świńskim żarciem, jak i stół, przy którym karmią elegancko i zdrowo. Korzystajmy więc z tego stołu. Wpisujmy do wyszukiwarki, genialnego googla, np. takie pytania: 

- jak pracować nad sobą?

- jak pokonać lenistwo? 

- jak zapanować nad złością? 

- i wiele innych – zresztą, jak się jedno wpisze, system zachęci do dalszego szukania. I można się naprawdę wiele ciekawych i pożytecznych rzeczy dowiedzieć, a potem je zastosować. Ja nawet wpisałem pytanie: „Jak zakończyć kazanie?” i pojawiła się taka odpowiedź: „Nieco żartobliwa recepta na doskonałe kazanie zachęca, aby miało ono bardzo dobry początek, świetne zakończenie oraz by jedno było możliwie blisko drugiego”. No to nie wypada, żebym zachwalał wyszukiwanie wiedzy, a sam z niej nie korzystał. 

Zatem, bracia i siostry, dzieci i młodzieży, babcie i dziadkowie, niech nas dzisiejsze słowa z Księgi Malachiasza: „nadchodzi dzień jak palący piec” nie przerażają, nie straszą, ale niech nam przypomną inne słowa z Ewangelii: «Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął» (Łk 12,49). Stawajmy się gorący gorliwością w modlitwie, w pracy nad sobą, w miłowaniu bliźniego, w dawaniu świadectwa naszej wierze. To jest możliwe i to jest najważniejsze. Nie zajmujmy się rzeczami niepotrzebnymi, ale tym, co najważniejsze. Amen. 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież