LITURGIA SŁOWA BOŻEGO  

   

BIBLIA MP3  

   

Warto przeczytać  

AUTOR
Ks. dr hab. Zbigniew Wolak
>> czytaj więcej... <<

Rozważania publikowane
na naszej stronie
=>> ZOBACZ <<=

   

Felietony /archiwum/  

>> czytaj więcej... <<

Śp Ks. Proboszcz
mgr Wiesław Jemioło
/autor/

   

MÓL KSIĄŻKOWY POLECA  

ARCHIWUM

/ŚP. Wiesław Kutek/
Kto czyta - żyje wielokrotnie
Kto zaś z książkami
obcować nie chce -
na jeden żywot jest skazany

   

MISJE W KAZACHSTANIE  

NASZ RODAK NA MISJACH
W KAZACHSTANIE


Ks. mgr Piotr Kluza

 

   

Ciekawe Linki  

   
 

   Nisko ścielące się chmury przesłoniły niebo. Kolczaste obozowe druty nawlekały krople jesiennej mżawki. Kolorowa gadatliwie- beztroska grupa zbliżała się powoli w kierunku obozu. Salwy śmiechu głośnej rozmowy raz po raz zabijały ciszę. Wycieczka jeszcze jedna okazja by wyrwać się z murów gimnazjum. Fosforyzujące światełka komórek i charakterystyczny dźwięk potwierdzały wysyłane i odbierane smsy. Szczupły wysoki chłopak w grafitowej kurtce ze słuchawką w uchu kiwa się w takt kultowej melodii.

Dziewczyna w markowych ciuchach miarowym ruchem szczęk przeżuwa gumę. Przed bramą zatrzymuje się podnosi głowę i niewyraźnym głosem odczytuje napis „ARBEIT MACHT FREI” Tutaj też czeka na nich pani przewodniczka. Rozpoczyna opowieść o czasach pogardy dla drugiego człowieka. Z mroku czasu wyłaniają się upiory przeszłości to Lagerkommendant Rudolf Hoess Lagerfuhrer Fritsch Rapportfuhrer Palitzsch kaci Oświęcimia. To oni obmyślali zbrodnicze plany uśmiercania ludzi. Rozstrzeliwanie, wieszanie więźniów na szubienicy, skazywanie na straszną śmierć głodową w bunkrach bloku 13, komory gazowe z cyklonem B, głodowe racje żywności, mordercza praca i śmierć wszechobecna śmierć. Zastygł uśmiech na rozbawionych twarzach. Zrobiła się cisza.
„Przechodzimy obok bloku nr.23” - informuje przewodniczka. Blok 23 to tutaj na tym bloku nr.23 przebywał Józef Bodzoń więzień Oświęcimia, którego późniejsze życie związane było z Bogumiłowicami.

*

   Józef Bodzoń przyszedł na świat 11.12.1922 w Jugowicach koło Krakowa. Jugowice była wówczas niewielka wioską leżącą w dolinie rzeki Wilgi. Dziś miejscowość ta została wchłonięta przez rozrastające się miasto i jest teraz jedną z dzielnic Krakowa. Ojcem jego był Józef Bodzoń, który na chrzcie świętym dał swojemu synowi to samo imię Józef matką zaś jego była Anna z domu Bartoszek. Życie bardziej niż z Krakowem związało go z Wierzchosławicami. Ojciec był policjantem dostał nakaz objęcia placówki w Wierzchosławicach jako komendant posterunku policji. Cała rodzina przeprowadziła się do Wierzchosławic tu zamieszkali w budynku posterunku. W przedwojennej Polsce status granatowego policjanta był wysoki. Toteż rodzina żyła sobie szczęśliwie we względnym dobrobycie. Rodzice pragnęli dać swoim dzieciom staranne wykształcenie posyłając swoje dzieci do szkół. Po ukończeniu szkoły powszechnej w roku 1935 rozpoczął naukę w II Państwowym Gimnazjum im. Hetmana Jana Tarnowskiego w Tarnowie. Ukończył naukę w 1939 roku.

      

/Lista uczniów II Państwowego Gimnazjum im. Hetmana Jana Twardowskiego w Tarnowie, na liście klasy trzeciej figuruje Józef Bodzoń/

   Świadectwo ukończenia Gimnazjum otwierało przed Józefem drogę do dalszego studiowania. Niestety pierwsze spadające bomby tragicznego września 1939 r. przekreśliły ambitne plany dalszej nauki. Zniszczyły szczęście rodzinnego domu. Posterunek policji, w którym mieszkali w trakcie działań wojennych został spalony. Matka wraz z dziećmi zmuszona jest zamieszkać w baraku w Mościcach. Ojciec zgodnie z rozkazami wraz z polskim wojskiem wycofywał się na wschód gdzie próbowano stworzyć nowa linię obrony. Wkroczenie wojsk sowieckich w dniu 17 września było zdradzieckim ciosem w plecy zmęczonej ciągłymi potyczkami wycofującej się na wschód polskiej armii. Wielu żołnierzy policjantów i uciekającej na wschód przed Niemcami ludności cywilnej dostają się teraz w ręce Rosjan. NKWD z całą bezwzględnością przystępuje do wykonania zbrodniczego planu eksterminacji polskiej inteligencji. Wywożą w głąb Rosji polskich oficerów, policjantów, prokuratorów, sędziów, lekarzy, kapłanów, urzędników państwowych kwiat polskiej inteligencji. Józef Bodzoń podzielił ich los. Został zastrzelony w lesie katyńskim. Jego imię i nazwisko znajduje się na tzw. ukraińskiej liście pomordowanych umieszczone jest także na tablicy pamiątkowej w Katedrze Wojska Polskiego w Warszawie. Rodzina o tej potwornej zbrodni jeszcze nie wie i wciąż wypatruje powrotu ojca z wojny. Brak ojca, utrata mieszkania w Wierzchosławicach sprawiły, że sytuacja materialna rodziny zmieniła się na gorsze. Musieli doświadczyć okupacyjnej biedy. Józef pragnie pomóc matce. Ze świadectwem dopiero co ukończonego gimnazjum poszukuje pracy. 15.03. 1940 roku to szczęśliwy dla niego dzień pierwsza praca a właściwie praktyka w Spółdzielni Oszczędnościowo Kredytowej Pracowników P.P.Z.A. w Mościcach. Odbywając praktykę nie ustaje w poszukiwaniach lepszej pracy i znajduje ją. W dniu 27.11.1941 rezygnuje z pracy w Spółdzielni by już następnego dnia rozpocząć pracę w Zjednoczonych Fabrykach Związków Azotowych w Mościcach. Zakłady Azotowe wybudowane tuż przed wybuchem wojny były zakładem na wskroś nowoczesnym i były swoistym oczkiem w głowie dla Niemców. Pracując pełna parą dostarczały dla hitlerowskiej machiny wojennej wiele cennych materiałów. Azoty stanowiły źródło utrzymania dla wielu podtarnowskich rodzin. Dzięki stałej pracy Józefa na Azotach sytuacja materialna rodziny Bodzoniów poprawiła się. Aż do feralnego dnia 08.02.1943 roku ryk zakładowej syreny wyznaczał mu czas pracy. W tym dniu gestapo przyjechało na Zakład. Niespodziewana wizyta Niemców w czarnych mundurach z trupią czaszką na czapkach nie wróżyła nic dobrego. „Gestapo przyjechało gestapo”- przekazywano sobie szeptem złą wiadomość. Tym razem gestapo przyjechało po niego. Zostaje aresztowany i przewieziony do Tarnowskiego więzienia „ za czytanie i kolportaż tajnej prasy.” W domu biedna matka po raz kolejny przeżywa ból rozstania najpierw utraciła męża teraz traci syna. Tarnowskie wiezienie to miejsce gdzie Niemcy próbują biciem, wyszukanymi torturami, wielogodzinnymi nękającymi przesłuchaniami wycisnąć z więźniów cenne informacje. Całe te ich wysiłki w przypadku Józefa spełzły na niczym, dlatego uważając go za wroga Rzeszy niemieckiej skazują go na umieszczenie w obozie koncentracyjnym. W dniu 20.04.1943 r zostaje wywieziony kolejnym transportem kolejowym z dworca w Tarnowie do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Wsłuchując się w miarowy stukot kół Józef nie wie jeszcze jak straszliwy los zgotowali mu Niemcy. Po drodze pociąg ze skazańcami mija stacje kolejową Bogumiłowice. To w tej właśnie miejscowości przyjdzie mu kiedyś przeżyć większą część swojego życia. Ale teraz jedzie w nieznane rozmyślając co czeka go tam w obozie. Szarpnęło pociągiem, zgrzytnęło są na miejscu. Otwarto drzwi. Promienie słońca oślepiły go, wrzaski krzyki, przekleństwa esesmanów, ujadanie psów, bicie, solidne kopniaki zmuszające do szybszego poruszania. Józef zeskoczył na peron a był to skok na dno oświęcimskiego piekła.
   Anna Gugnacka córka Józefa Bodzonia:
„O pobycie w obozie w Oświęcimiu od 20.04.1943r. – 04.12.1944r. ojciec wiele razy nam opowiadał. Jako małe dzieci słuchaliśmy Go z otwartymi buziami. W naszych dziecięcych główkach kołatało się pytanie jak to możliwe żeby ludzie ludziom zgotowali tak straszny los. Nasz ojciec wiele razy był zapraszany do szkół dzieląc się ze słuchaczami obozowymi wspomnieniami. Do dziś przechowujemy listy, jakie pisał z obozu do swojej matki, jako cenne, rodzinne pamiątki. Pisał w nich obowiązkowo w języku niemieckim (kilka zachowanych oryginałów),

/Listy pisane do matki z obozu w Oświęcimiu/

/Tłumaczenie listów pisanych z obozu/

że jest zdrowy, że jest mu dobrze, że pracuje i z utęsknieniem czeka na spotkanie z rodziną. Jakże nieprawdziwe były te słowa o dobrobycie i zdrowiu, ale jak mógł pisać inaczej? Musiał tak pisać. Gdyby napisał prawdę o piekle obozowego życia to byłby jednym z wybranych do komory gazowej lub zdziesiątkowanych w czasie niezliczonych apeli. Wspomnienia obozowe obrazowo i dokładnie opisuje w swojej książce wydanej po wojnie pt „W cieniu krematorium” kolega – współwięzień Franciszek Stryj wymieniając w niej parę razy nazwisko Józka Bodzonia."

/Fragmenty książki Franciszka Stryja pt W cieniu krematorium,
wyd. Śląsk, Katowice 1961/

   Kiedy Niemcy zaczynają przegrywać na wschodnim froncie podejmują decyzje o ewakuacji obozu w Oświęcimiu. Klęska Rzeszy staje się coraz to bardziej realną. Jednak Hitler w swoim szaleńczym obłędzie nie dopuszcza myśli o kapitulacji i postanawia walczyć do końca. Więźniowie potrzebni mu są do pracy w zakładach zbrojeniowych. Kolejne transporty wywożą więźniów do obozów położonych na zachodzie a wiec z dala od nacierającej Armii Czerwonej. Droga ewakuacji w trudnych warunkach usłana jest trupami. Józefowi udaje się jednak szczęśliwie dotrzeć do obozu Mauthausen Gusen. Od 04.12.1944 r do 05.05.1945 r. przebywa w obozie koncentracyjnym w Mauthausen Gusen w Arolsen a potem w Gusen II w Sant Georgen. W obozie Mauthausen pracuje jako monter kadłubów samolotów w fabryce Messerschmit. Przez druty obozów koncentracyjnego przedostają się budzące nadzieję i chęć do przetrwania wiadomości. „Niemcy dostają baty” te słowa przekazywane szeptem przez więźniów są równie życiodajne jak kromka chleba. Pozwalają wykrzesać resztki sił i przetrwać. Dzień 05 051945 r. euforia radości niemieccy oprawcy opuścili stanowiska a pod bramami pojawili się amerykańscy żołnierze. „Wolni, jesteśmy wolni” z tymi słowami padali sobie w objęcia.
   Józef staje tak jak wielu przed dylematem, co teraz robić pozostać na zachodzie czy wracać do kraju. Postanawia wracać do swojej ojczyzny.

/Tymczasowy dowód osobisty/

/Zaświadczenie o przybyciu do Polski z obozu koncentracyjnego Gusen/

/Przepustka na przejazd do domu rodzinnego w Mościcach/

/Józef Bodzoń po wyjściu z obozu/

   Opuszcza terytorium Austrii i w dniu 09 lipca 1945 r. zostaje zarejestrowany w punkcie repatriacyjnym w Dziedzicach na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Polskie władze wystawiają mu Przepustkę na mocy, której może on poruszać się po kraju w poszukiwaniu rodziny. Przepustka ta odnotowuje, że Józef Bodzoń przybył do Punktu Repatriacyjnego w Dziedzicach z terytorium Austrii z obozu koncentracyjnego Mauthausen Gusen i udaje się do swojego miejsca zamieszkania w Mościcach ul. Kościelna 4. Dokument ten dawał mu prawo bezpłatnego jednorazowego przejazdu do Mościc wszelkimi środkami lokomocji. Józef wsiada do pociągu i udaje się w rodzinne strony. Gdy przybywa na miejsce czeka go przykra niespodzianka. W Mościcach nikt na niego nie czekał, bowiem matka wraz ze starszym bratem wyemigrowała na ziemie zachodnie do Brzegu nad Odrą. Józef wyruszył, więc w swoją kolejną drogę w poszukiwaniu rodziny. Tym razem jedzie pociągiem na zachód do Brzegu nad Odra. To tam właśnie dochodzi do spotkania z najbliższymi po tylu latach rozłąki.
   „Z opowiadań mojego ojca wiem jak wyglądało spotkanie z rodziną w Brzegu- wspomina córka Józefa Anna. Ojciec wszedł na podwórko starej kamieniczki, w której mieszkała matka z bratem. Z daleka widział jak jego brat rąbie drzewo na opał. Brat zauważył go, ale nie poznał. Stał przed nim jakiś człowiek w długim płaszczu niesamowicie wychudzony, zarośnięty, z obozowym kocem pod ręką. To chyba jakiś złodziej włóczęga pomyślał. Mocniej ścisnął trzonek siekierki i szedł w jego kierunku. Wojenne losy brat nie rozpoznał rodzonego brata i idzie na niego z siekierą. Dopiero z trudem wydobyty ze ściśniętego gardła głos Zbyszek sprawił, że rozpoznał w tym strzępie człowieka swojego brata.”
   Skończyła się obozowa tułaczka jest teraz wśród swoich Od 01.09.1945 podejmuje pracę w Rejonowym Urzędzie Likwidacyjnym w Brzegu. Rok później w 1946 zakłada rodzinę żeniąc się z Irena Gacoń córką Jana z Bogumiłowic. Do 30.06.1951 r. pracował w Brzegu w Rejonowym Urzędzie Likwidacyjnym. W roku 1951 podejmują wraz z żoną decyzje o opuszczeniu Brzegu i powrotu w rodzinne strony żony do Bogumiłowic. Tu osiedlają się na stałe zamieszkując w dzielnicy Bogumiłowic zwanej Błoniem. Tutaj też przyszły na świat ich dzieci- syn Adam i córka Anna.
   Od 04.08.1951 r. do 31.12.1981 r. czyli do emerytury pracował w Zakładach Eksploatacji Kruszywa w Ostrowie. Był pracownikiem lubianym, zawsze uczynnym z poczuciem humoru. Pracował też społecznie w Stowarzyszeniu Kombatantów. W miarę upływu lat odpływały też resztki sił i zdrowia. Zmarł 15.08.1999 i spoczął w rodzinnym grobowcu na cmentarzu w Wierzchosławicach. 

/Legitymacja Polskiego Związku B. Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych/

/Medal za udział w wojnie obronnej 1939 r./

/Odznaka członka ZBOWID/

   Córka Anna: „Wojna jednak zrobiła ogromne spustoszenie fizyczne i psychiczne w tak młodym 20 letnim wówczas człowieku i żył tylko 77 lat, a może biorąc pod uwagę jego przeżycia obozowe aż 77 lat?
Jedynym podziękowaniem mojego ojca za ocalenie od zagłady było jego 77 letnie życie a jedynym naszym podziękowaniem dla niego będzie ocalenie wspomnień o Nim."


    Starszy z lekka przygarbiony mężczyzna ubrany we flanelowa koszulę w kratę, stojąc przed drewnianym domem pomalowanym brązową farbą, powoli zaciąga się papierosem. „Pochwalony” wita mnie zachrypnięty tak dobrze mi znany głos. To Józef Bodzoń były więzień obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu o numerze 117o55. Uścisk dłoni i chodzimy do środka. Na stole czeka już na nas smaczny obiad ugotowany przez panią Irenę żonę pana Józefa. Przez kilka lat mieszkając w wynajętym mieszkaniu przychodziłem do domu państwa Bodzoniów na obiady korzystając z ich życzliwości. Siedząc przy jednym stole z panem Józefem nad talerzem dymiącej zupy wsłuchiwałem się w powracające jak zły sen koszmarne wspomnienia. Wracały z zakamarków pamięci obozowe obrazy o czasach strasznej pogardy dla ludzkiego życia.
   „W obozie nie byłeś Józefem Bodzoniem, ale tylko numerem 117o55. Ileż to razy stawałem na baczność przed tymi draniami „Schutzhofling Hundertsiebzehntausendfunfundfunfzig meldet sich auf Befehl”-/Więzień 117055 melduje się na rozkaz/
   „Niech ksiądz zobaczy” - podwija wysoko rękaw koszuli. Na przedramieniu ciemno- niebieskim kolorem wytatuowana cyfra 117o55 „to mój numer”. Zauważyłem, że zero jest maleńkie wygląda jak literka „o”. „Żyd, który mnie tatuował pomylił się i zrobił „o” zamiast „0” no i tak zostało gumą tego nie wymażesz „ha, ha” zaśmiał się cicho.
   „Miałem niski numer dlatego, bo do obozu trafiłem w jednym z pierwszych tarnowskich transportów.”
   „Jak to się stało, że znalazł się pan w obozie?”
   „Ano tak” – pan Józef wziął głęboki oddech jakby zbierał siły do przywołania w pamięci niemiłych wspomnień.
   „Miałem zaledwie 20 lat wychowany przez ojca policjanta w dyscyplinie i tradycji patriotycznej nigdy nie pogodziłem się z utratą wolności. Wierzyłem, że wcześniej czy później szwabów z polski przegonimy. I jak to młody chłopak nie myślałem na tą chwilę czekać z założonymi rękami. Wstąpiłem do organizacji. Tajne spotkania, szkolenia a wieczorami wyciągaliśmy z ukrycia radio i słuchaliśmy BBC. Cieszyliśmy się jak niemiaszki dostawali na froncie w skórę. Rozprowadzaliśmy też bibułę tajną prasę. No i stało się ktoś nas sypnął.
   Nic nie przeczuwałem. Tego dnia poszedłem do pracy w Zakładzie w Mościcach. Zajęty swoją robotą usłyszałem jakoś dziwnie zmieniony głos kierownika „Bodzoń musisz się natychmiast stawić w dyrekcji.” Zdziwiło mnie, że zwrócił się do mnie nie po imieniu, ale po nazwisku spojrzałem na jego wystraszoną twarz i zrozumiałem, że coś jest nie tak. Nie przeczuwałem jeszcze najgorszego. Kierownik pchnął drzwi i weszliśmy do środka. Czarny mundur z trupią główka Gestapo przemknęło mi po głowie. „Józef Bodzoń”? „Jawohl.” - odpowiedziałem po niemiecku. Nie pytali więcej założyli mi na ręce bransoletki, wpakowali do samochodu i wkrótce przejeżdżałem bramę tarnowskiego więzienia. Na wiele lat pożegnałem się z życiem na wolności. Umieścili mnie w celi, ale nie dali mi odpocząć chcieli ze mnie wydusić wszystkie kontakty rozpracować całą organizację. Szybko wzięli mnie na pierwsze przesłuchanie. Posadzili mnie na małym taboreciku. No i zaczęło się. Od kiedy należę do organizacji, kto jest dowódcą kontakty, nazwiska, adresy. Siedzący naprzeciw mnie za biurkiem Niemiec o twarzy brutala cedził powoli pytania znudzonym głosem. Znałem dość dobrze niemiecki. Starannie dobierając słowa zacząłem kluczyć, że to jakaś pomyłka, nie należę do żadnej organizacji to jakieś nieporozumienie. Nim zdążyłem skończyć moje wywody rosły hitlerowiec jak kot skoczył do mnie i jego potężna łapa wylądowała na mojej szczęce. Zobaczyłem gwiazdy fajt i spadłem z taboretu. Po raz pierwszy tego dnia, ale nie ostatni witałem się z podłogą. Austechen -ryczał teraz jak lew ten, który zaledwie przed chwilą wydawał mi się znudzonym całą sprawą kociakiem. Zacząłem się powoli gramolić z podłogi. Nim się wyprostowałem zdążyłem jeszcze się przywitać z jego nienagannie błyszczącym butem. W głowie mi szumiało w ustach miałem pełno krwi i coś jeszcze „Ten drań wybił mi zęby. Nachyliłem się i wyplułem na rękę ząbka. Mimo dotkliwego bicia szedłem w zaparte. Postanowiłem nie przyznawać się do niczego. To była moja linia obrony. Niestety nie na wiele to się zdało i tak w końcu zapakawali mnie do pociągu i zawieźli tam skąd wielu moich kolegów już nie wróciło do Koncentrationslager Auschwitz Birkenau.
   Pamiętam jak w czasie jednego z przesłuchań Niemca wzięło ni stąd ni zowąd na filozoficzne rozważania. Patrzył na mnie zbitego jak psa pomalowanego hitlerowskim pejczem w fioletowe pasy z pogardą i politowaniem i powiedział.
   „Ej Bodzoń Bodzoń jakiś ty głupi ty myślisz, że my ciebie sami odnaleźliśmy. My nawet nie wiedzieliśmy, że taki Bodzoń tu w Mościcach mieszka. To twoi cię wydali sami do nas przyszli i wszystko nam o tobie powiedzieli. A ty ich tak kryjesz.
   Ech Polacy Polacy wielu jest wśród was bohaterów, ale wiele jest też i świń.”
   Pan Józef przerwał opowiadanie pociągnął ze szklanki łyk gorącej herbaty. Kończyliśmy obiad.
 „Tak tak ten szwab miał stu procentową rację wiele jest wśród nas bohaterów ale wiele też jest po prostu zwykłych świń.

   Zasiadamy do obiadu na stole kilka kromeczek chleba ułożonych na małym talerzyku. Pan Józef zapatrzył się wróciły wspomnienia. Pajdka chleba jak wiele bym dał w tamtych czasach żeby móc mieć taka pajdkę chleba. Chleb w Oświęcimiu równał się z życiem, gdy dawałeś koledze pajdkę chleba to tak jakbyś podzieli się z nim własnym życiem. Popatrzył z sentymentem na pachnący ładnie wypieczony chleb „To z naszej piekarni z Wierzchosławic” - powiedział i zaczął kolejna opowieść. Byłem wtedy młodym chłopakiem jak to w tym wieku bywa apetyt wilczy a tu wieczorem fasowaliśmy pajdkę chleba. Różnie bywało czasami zjadaliśmy go od razu powoli dokładnie przeżuwając jakbyśmy doszukiwali się w tym kicie z domieszka trocin smaku chleba z rodzinnego domu. Czasami zjadaliśmy tylko cześć a resztę chowaliśmy na potem.
   Pewnego razu jeden z więźniów zafasował swoja porcje chleba nie zjadł go od razu, ale schował go pod siennikiem. Po pewnym czasie wraca do swojej kryjówki a tam po chlebie ani śladu. Ukraść chleb w obozie to tak jakby ukraść życie. Zrozpaczony więzień krzyknął, kto ukradł mój chleb. Spojrzeli po sobie ich wzrok padł na Rosjanina, który skulony w kącie szybko przełykał ostatnie kęsy chleba jakby bojąc się, że wydrą mu go z gardła. Dopadli do niego na pasiaku pozostały mu jeszcze kruszynki obozowego chleba. „Odwalcie się ode mnie byłem głodny” zawołał. Wszyscy jesteśmy głodni odpowiedział któryś i na złodzieja posypały się razy.
   Wieczorem, gdy na bloku pogasły światła odbył się sąd. Za kradzież chleba w obozie jeden był wyrok. Śmierć. Ale łatwiej było to straszne słowo krzyknąć a trudniej ten wyrok wykonać. Jak tu zabić drugiego człowieka. Nikt na bloku nie chciał tego zrobić. I wtedy wstał radziecki oficer potężny chłop wołali na niego po prostu rus. Podszedł do niego splunął z pogardą i powiedział „Wot swołocz nie pierwyj raz on diełajet styd Krasnoj Armii. Ja jewo ubiju”. Chwycił go za kołnierz jak piórko i wywlókł do przedsionka. Tam drewnianym taboretem zdzielił go kilka razy przez głowę.
   Rano wynieśli ciało nieszczęsnego złodzieja w kocu na plac apelowy. Niemcy byli bardzo dokładni na apelu wszystko musiało się zgadzać. Nikt nie pytał co się stało.
   Pan Józef zakończył opowieść zakaszlał. Po chwili zapatrzył się w ekran telewizora. Znana piosenkarka o miłym wyglądzie śpiewała znany przebój Gdzie są chłopcy z tamtych lat czas zatarł ślad. Twarz pana Józefa zmieniła się znów wróciły obozowe wspomnienia.
   Do Oświęcimia wciąż przychodziły transporty Żydów krematoria pracowały pełna parą. Już na rampie kolejowej Niemcy dokonywali selekcji wybrali mocnych zdrowych do pracy mężczyzn a resztę do gazu. Po mężczyznach przyszła pora na kobiety. „Rozbierać się krzyknęli” wystraszone kobiety wykonały rozkaz ssmana. Ale jedna żydówka pięknie ubrana śliczna dziewczyna nie posłuchała rozkazu stała wyprostowana z dumnie podniesioną głową. Podbiega do niej rozwścieczony SS Man Schllinger kawał drania, nie słyszałaś rozkazu rozbieraj się. A ta stojąc wyprostowana odpowiada mu, że nie ma zwyczaju rozbierać się przy obcych mężczyznach. Zdziwienie odmalowało się na twarzy ssmana. Chwycił ja mocno za bluzkę i zaczął ją zdzierać. Odważna żydówka wyrywa mu rewolwer i z jego własnej broni strzela kładąc go trupem na miejscu. Rani jeszcze jednego ssmana nim pozostali zdążyli ją dopaść. Zginęła, ale w walce zabijając jednego i raniąc drugiego. Wieczorami na bloku więźniowie opowiadali sobie o bohaterskiej młodej żydówce, która tu w obozie zginęła nie potulnie stojąc w kolejce do gazu lecz w walce. Cieszyliśmy się, że wystrzelona przez nią kula dopadła Schillingera, który własnymi rękoma zamordował wielu więźniów.

*

   Mijają lata wciąż odchodzą od nas nasi bliscy. Przywołujemy ich w naszych wspomnieniach mówiąc o nich świętej pamięci. Jednak w miarę upływu czasu naszą pamięć pokrywa kurz zapomnienia. Ten mój artykuł jest jakby próbą zdmuchnięcia tego kurzu i przywrócenia pamięci o czasach obozowej tragedii, które nie były tylko złym snem i o tych ludziach, którzy przez obozowe piekło przeszli.

Ks. Wiesław Jemioło   
02.05.2012.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież