LITURGIA SŁOWA BOŻEGO  

   

BIBLIA MP3  

   

Warto przeczytać  

AUTOR
Ks. dr hab. Zbigniew Wolak
>> czytaj więcej... <<

Rozważania publikowane
na naszej stronie
=>> ZOBACZ <<=

   

Felietony /archiwum/  

>> czytaj więcej... <<

Śp Ks. Proboszcz
mgr Wiesław Jemioło
/autor/

   

MÓL KSIĄŻKOWY POLECA  

ARCHIWUM

/ŚP. Wiesław Kutek/
Kto czyta - żyje wielokrotnie
Kto zaś z książkami
obcować nie chce -
na jeden żywot jest skazany

   

MISJE W KAZACHSTANIE  

NASZ RODAK NA MISJACH
W KAZACHSTANIE


Ks. mgr Piotr Kluza

 

   

Ciekawe Linki  

   

   Autobus powoli przedziera się przez górzysty teren Sierra Madre. Paweł – filozof, z błyskiem w oku i niezwykłym dynamizmem, skraca ciągnący się czas podróżowania opowiadaniem o wielkich niesprawiedliwościach tego świata i biednych chłopach z prowincji Chiapas. Mówi o tym jak trudno jest im wyrwać się z zaklętego kręgu biedy i przedrzeć do edukacji, która pozwoliłaby im na życie w innym, lepszym świecie.

Rada starszych wioski, nie mogąc zapewnić wszystkim dostępu do nauki, wybiera jednego zdolnego chłopca i posyła go na studia. Przez cały czas ich trwania członkowie osady pomagają mu łożąc na jego utrzymanie. Z chwilą zdobycia wykształcenia musi powrócić do swojej społeczności. Przez całe dwa lata ma obowiązek mieszkać razem ze swoimi współplemieńcami i dzielić się z nimi wiedzą, którą zdobył na studiach. Już na początku mojej podróży dostaję próbkę świata, który przyjdzie mi bliżej poznać. Jakże innego niż ten, w jakim żyjemy.
   Może, jako jedyny z naszej małej wioski, miałem to szczęście wędrować bezdrożami Meksyku i Stanów Zjednoczonych. Tym, co widziałem i przeżywałem pragnę podzielić się z mieszkańcami Bogumiłowic, z tymi, pośród których żyję i pracuję dzieląc z nimi radości i smutki, sukcesy i porażki. To właśnie im dedykuję tę garść wspomnień.

26 lipca
   Boening 747–400 niczym stalowy wielki ptak przecina potężnymi skrzydłami niebieskie przestworza. W jego wnętrzu trzystu pasażerów różnych narodowości i koloru skóry przeżywa trzynastogodzinny lot. Na monitorach wyświetlana jest aktualna pozycja samolotu, który wraz z upływem czasu przybliża się do celu, jakim jest MEKSYK.

 

   „Buenos dias”, „Buenos noches” to uśmiechnięty od ucha do ucha, śniady meksykanin, sąsiad po lewej stronie, stara się wyuczyć mnie kilku podstawowych słów w języku hiszpańskim. Długi lot pokrywa zmęczeniem twarze pasażerów. Szukający wytchnienia przechodzą na tył samolotu. Można tam znaleźć trochę wolnego miejsca żeby rozprostować zastałe kości, porozmawiać i spojrzeć przez małe okrągłe okienko, z wysokości 11 tysięcy metrów, na błękit oceanu.

Potem powrót na swoje miejsce i znów siedzenie w ciasnym lotniczym fotelu. Wypełniam wolno płynący czas rozmową z moim meksykańskim towarzyszem podróży. Jose skończył studia, pracuje w szkole, był w Niemczech a teraz wraca do miasta, w którym się urodził i mieszka. Rozmawiamy w języku rosyjskim, w który Jose wplata pojedyncze zwroty w języku niemieckim, hiszpańskim i angielskim. Resztę załatwia język migowy. Prawdziwa Wieża Babel, ale cel osiągnięty. Jakoś się dogadujemy.
   Samolot wyraźnie obniża lot. W dole największa aglomeracja świata – miasto Meksyk liczące prawie 30 milionów mieszkańców. Powoli spełniają się moje dziecięce marzenia. Zobaczę na własne oczy i dotknę stopami tej ziemi, której fascynującą historię poznawałem z tylu książek czytanych z chłopięcą pasją. Wódz Montezuma II, cywilizacja Azteków, lądowanie Hernan Cortesa, walki z Aztekami, zdobycie przez Hiszpanów Tenochtitlan, wszystko to rozpalało moją dziecięcą wyobraźnię. Sercem byłem po stronie broniących się Azteków a Cortesa uważałem za awanturniczego watażkę, bezwzględnego, pozbawionego skrupułów najeźdźcę. Jakże w swoich dziecięcych wyobrażeniach byłem bliski mocno komunizującego meksykańskiego malarza Diego Rivery, który w słynnym muralu(mural – malowidło ścienne) w Palacio Nacional, przedstawił Hiszpanów jako uosobienie zła.

Kierowani nienasyconą żądzą złota zniszczyli wspaniałą cywilizację Azteków a ich samych zamienili w niewolników, w sposób nieludzki wykorzystywanych i zabijanych morderczą wręcz pracą. Teraz moje dziecięce wizje poddane zostaną weryfikacji w zderzeniu z rzeczywistością. Krótkie szarpnięcie, to samolot lekko dotknął płyty lotniska. Rozpinamy pasy. Pośpiesznie żegnam się z moim meksykańskim znajomym. Odprawa celna. Transfer do hotelu. Przykładam głowę do poduszki. Nareszcie upragniony sen.

27 lipca

   Budzą mnie pierwsze promienie słońca wpadające złocistą strużką do pokoju. A więc jestem w Meksyku. Podchodzę do wielkiego, dokładnie zaspawanego okna. Szarpię, ale nie można go otworzyć. Jesteśmy zdani na klimatyzację. Przez nieco rozmazaną szybę spoglądam w dół. Dostrzegam pędzące samochody, na rogu szerokiej ulicy starego handlarza ciągnącego wózek a na nim cały sklepik, prawdziwy ogród warzywny z równo poukładanymi egzotycznymi, ale tylko dla nas, owocami. Na skrzyżowaniu mężczyźni i kobiety ubrani w kolorowe dresy, z gazetami w ręku, podbiegają do zatrzymujących się na czerwonym świetle samochodów i próbują zarobić kilka pesos na poranną kawę.
   Pospieszna toaleta, smaczne śniadanie i już mkniemy autobusem główną ulicą w kierunku Guadalupe. Kierowca próbuje podjechać jak najbliżej bazyliki.
Niestety jak spod ziemi wyrasta groźny policjant. Z iście południowym temperamentem wymachuje rękami i krzyczy, że nie wolno się tu zatrzymywać. Kierowca delikatnie próbuje negocjować, bo przecież inne autobusy tu stoją. W odpowiedzi słyszy: „Co, chcesz stracić prawo jazdy?”. Z władzą jak wszędzie dyskusji nie ma. Odjeżdżamy. Wysiadamy w innym miejscu, z dala od bazyliki. Spacer staje się dla nas przymusową pieszą pielgrzymką. Powoli, w pełnym majestacie, rysuje się przed nami w lekko zamglonym powietrzu, które nie jest efektem porannych mgieł, ale smogiem ze spalin samochodowych, potężny kompleks świątynny składający się z mniejszych i większych kościołów. Pośród nich wyróżniają się dwie bazyliki położone w bliskiej odległości od siebie. Urzeka swoim pięknem stara bazylika, przywodząca na myśl Krzywą Wieżę w Pizie, chyląca się z każdym rokiem coraz bardziej.

 Współcześni inżynierowie podejmują próby ratowania tej świątyni. Bazylikę wypełniają stalowe rusztowania i opaski niczym misterna pajęczyna tak, że z trudem można się po niej poruszać.

Niestety pomimo tych zabiegów zapada się ona w błocie jeziora Texcoco bowiem Aztekowie w 1325 roku wybudowali swoje miasto na jednej z jego wysepek. Po dwustu latach zdobyli je Hiszpanie i zburzyli, by na nowo je odbudować w tym samym miejscu. Patrzę z żalem na tę jakże piękną świątynię, z której pozostanie kiedyś tylko sterta gruzu. Upływający czas przechyla ją coraz bardziej.

Stara bazylika została zbudowana na początku XVIII wieku. Jej barokową dwufasadową wieżę zdobią płaskorzeźby przedstawiające Matkę Bożą. To tutaj umieszczono jej cudowny obraz. Dziś starą bazylikę przyćmiewa swym architektonicznym rozmachem nowa.

Jest to na wskroś nowoczesna, potężna świątynia zbudowana na planie koła, która w swym wnętrzu może pomieścić nawet 10 tysięcy wiernych.

C.d.n.

 

ks. proboszcz Wiesław Jemioło   
20.01.2010.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież