LITURGIA SŁOWA BOŻEGO  

   

BIBLIA MP3  

   

Warto przeczytać  

AUTOR
Ks. dr hab. Zbigniew Wolak
>> czytaj więcej... <<

Rozważania publikowane
na naszej stronie
=>> ZOBACZ <<=

   

Felietony /archiwum/  

>> czytaj więcej... <<

Śp Ks. Proboszcz
mgr Wiesław Jemioło
/autor/

   

MÓL KSIĄŻKOWY POLECA  

ARCHIWUM

/ŚP. Wiesław Kutek/
Kto czyta - żyje wielokrotnie
Kto zaś z książkami
obcować nie chce -
na jeden żywot jest skazany

   

MISJE W KAZACHSTANIE  

NASZ RODAK NA MISJACH
W KAZACHSTANIE


Ks. mgr Piotr Kluza

 

   

Ciekawe Linki  

   

   Wczepił się w stalowe pręty bramy, szarpnął mocno. Ani drgnie. Zamknięta. Za bramą widzi kolegów. Rozmawiają między sobą. Ich sylwetki maleją, aż wreszcie zupełnie nikną. Ze strachem spojrzał na wielki wejściowy zegar. Jego wskazówki wirując w przyśpieszonym tempie, już dawno minęły godzinę siódmą. Tarcza zegara trzęsie się ze śmiechu. Tak, to ze mnie się śmieje, drwi sobie z mojej bezradności – pomyślał. Serce bije mu mocniej. Ręce opadły bezwładnie. Stoi bezradny, sparaliżowany strachem. „Ja muszę wejść, ja muszę pracować”.

Krzyk rozpaczy uwiązł gdzieś w ściśniętym gardle. Metaliczny dźwięk wali go niby pałka po głowie. Wyciągnięta ręka szuka po omacku i uderza w skaczący na ceramicznej podstawce budzik. Gwałtownie siada na łóżku cały zlany potem. Paskudny sen. Koszmar. Niestety jego życie stało się koszmarem od chwili, gdy fabryczny radiowęzeł podał wiadomość: dwustu ludzi do zwolnienia. Dwustu pracowników to dwieście rodzin, do których zapuka bieda. Z wściekłością szorował szczoteczką zęby. Spojrzał w lustro. Twarz zmęczonego człowieka, podkrążone oczy, w których czaił się strach. Kryzys przyszedł niespodziewanie, jak nieproszony gość. Dwoje dzieci na studiach i życie na ciągłym debecie, byle jakoś dotrwać do pierwszego, szybko przyprószyło mu siwizną skronie. A teraz jeszcze zwolnienia. Na jego wydziale też. Nie chce nawet myśleć, że w grupie przed bramą może być także i on. Muszę zrobić wszystko, by nie stracić pracy. Wszystko.

   Wychodzi z bloku, siada na rower. Chłód poranka i delikatny wiosenny wietrzyk porywa ponure myśli. Po drodze rowerzystów przybywa. Rozciągają się w długi ruchomy wąż. Żółtawobrunatne dymy brudzą granat nieba. Przed nimi zakład i gwarancja na w miarę skromne życie. Na bramie odbija kartę. Złe myśli dopadają go znowu, jak stado natrętnych much. A może pozbędą się mnie? Przecież z kierownikiem starliśmy się kilka razy. Zawsze miałem swoje zdanie. Oni takich nie lubią. Kto? To niedopowiedziane pytanie, które zatrzymało się gdzieś na skraju ust, dręczy nie tylko jego, ale także kolegów. Tylko Antek chodzi po wydziale i jakby nigdy nic gwiżdże sobie jakąś filmową melodię. On jest nie do ruszenia. Jest pod ochroną. Rodzina z dyrektorem, rozciągnęli nad nim niewidzialny, ale skutecznie chroniący go parasol. Z takim parasolem zawsze bezpiecznie wyląduje. Nawet gdyby zlikwidowali cały wydział to i tak go wcześniej gdzieś ulokują. Koledzy niezbyt go lubią nazywając „Pająkiem”- to aluzja do rodzinno-koleżeńskiej pajęczyny, która snuje się po całym zakładzie. Ale on ma to w nosie. Gdy mu coś przygadują, pokazuje im gest Kozakiewicza. O! tyle mi możecie zrobić. No tak, jego na pewno nie zwolnią, ale mnie zawsze mogą. „Co tak myślisz „Mały”, bierz się do roboty”. Potężny baryton „Długiego” wyrywa go z zadumy. „Długi” z tęsknotą wspomina dawne czasy. „Chcieliście kapitalizmu to go teraz macie. Za komuny każdy miał pracę, mieszkanie, stać go było, żeby sobie kupić węgiel na zimę, a dziś? Komuniści brali, ale po trochu i małą łyżeczką, a teraz nasi panowie koparką i wciąż im mało. Nie było jak za komuny – westchnął rzewnie. Śmiali się z „Długiego”, przezywali komuchem, ale gdzieś w środku bolało ich to.
Po drugiej stronie blatu pracował Adam Buntownik - nowy, obcy, zadziorny, nieprzebierający w słowach, ot taki sobie młody niepokorny. Nie lubił go za jego cięty język. Nie jeden raz mu dopiekł.

„Mały” przyłożył się, mocniej nacisnął na klucz, no, wreszcie śruba puściła. Podszedł do szafki z narzędziami, przez chwilę ważył w dłoni chłodny metal, jak waży się los człowieka. Wracając zauważył, że szafka Adama jest otwarta, a w niej niedopięta skórzana raportówka.

   Tuż przed trzecią wszyscy przebierają się, by jak tylko zawyje fabryczna syrena, jako jedni z pierwszych przejechać bramę. Nie spieszył się dzisiaj, wyszedł jako jeden z ostatnich. Przystanął w grupie gapiów. Pod bramą zbiegowisko - to Adam szarpie się ze strażnikiem, obrzuca go niewybrednymi słowami. „Co ja złodziej? To jakiś idiota zrobił mi głupi kawał. Nigdy nikomu nic nie ukradłem”. Nie ukradłeś? A co jest w twojej raportówce? Adam nie wytrzymał, palnął go otwartą ręką w twarz. Ktoś zadzwonił po policję.

   Na drugi dzień wezwano Adama do kierownika. Długo się tłumaczył. Niby mu uwierzyli. Tak to tylko głupi żart. Sprawa przycichła, ale po trzech dniach wywieszono kolejną listę ludzi do zwolnienia. Był na niej także Adam.

   Wieczorem „Mały” poszedł do kościoła. Młodzież przedstawiała misterium pasyjne. Kościół wypełniał tłum wiernych. Wszystkie światła wygaszone. Powoli z mroku wyłaniają się postaci. Jezus otoczony gromadką uczniów zasiada do stołu „Bierzcie i Jedzcie to jest Ciało moje…” Łamie wielki bochen chleba i podaje go uczniom. Jeden z nich, wysoki z długimi włosami i charakterystycznym nosem, zaraz po spożyciu chleba wychodzi. To Judasz. Wieczerza dobiega końca. Jezus z Apostołami udaje się do ogrodu Getsemani. Tam rozmawia ze swoim Ojcem. Modli się. Wtem ciemność rozświetlają płonące pochodnie. To Judasz z gromadką żołnierzy. Podchodzi do Jezusa, całuje go. „Judaszu pocałunkiem wydajesz Syna Człowieczego” - te słowa dopadły go jak sfora myśliwskich psów, uderzyły wewnętrzną mocą. Judaszu… Poczuł, że robi mu się duszno, gorąco. Poluzował krawat, rozpiął koszulę. Judaszu…Otarł wierzchem dłoni spoconą twarz. Serce waliło mu jak młotem, dusił się, nie mógł złapać powierza…Judaszu…Rozglądnął się na boki. Dlaczego oni wszyscy tak na mnie patrzą? Judaszu… Skierował się ku wyjściu. Padający deszcz niesiony porywistym wiatrem zmieszał się ze łzami. Szedł jak pijany, czując potężny ciężar wgniatający go w ziemię. Rozmazane światła ulicznych latarni słabo oświetlały domy, które zdawały się falować, chwiać. W pewnej chwili wydawało mu się, że ktoś za nim idzie. Spojrzał za siebie przez ramię, ale zobaczył tylko zniekształcony nierównością chodnika własny cień. Przyspieszył kroku, szedł dalej zdruzgotany wyrzutami sumienia, wlokąc za sobą cień Judasza.

ks. proboszcz Wiesław Jemioło   
28.04.2009.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież