LITURGIA SŁOWA BOŻEGO  

   

BIBLIA MP3  

   

Warto przeczytać  

AUTOR
Ks. dr hab. Zbigniew Wolak
>> czytaj więcej... <<

Rozważania publikowane
na naszej stronie
=>> ZOBACZ <<=

   

Felietony /archiwum/  

>> czytaj więcej... <<

Śp Ks. Proboszcz
mgr Wiesław Jemioło
/autor/

   

MÓL KSIĄŻKOWY POLECA  

ARCHIWUM

/ŚP. Wiesław Kutek/
Kto czyta - żyje wielokrotnie
Kto zaś z książkami
obcować nie chce -
na jeden żywot jest skazany

   

MISJE W KAZACHSTANIE  

NASZ RODAK NA MISJACH
W KAZACHSTANIE


Ks. mgr Piotr Kluza

 

   

Ciekawe Linki  

   

WSPOMNIENIA ZDZISŁAWA BARANA
- BYŁEGO ŻOŁNIERZA AK i WIĘŹNIA ŁAGRÓW SOWIECKICH

   Urodziłem się w rodzinie nauczycielskiej w Gierczycach na Kielecczyźnie. Moja matka pochodziła z Bogumiłowic. Po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego w Tarnowie została skierowana do pracy w szkole podstawowej w Gierczycach na Kielecczyźnie. Tam poznała mojego ojca, który był kierownikiem tej szkoły. Stamtąd też bierze początek moja rodzina. W 1936 r. moi rodzice kupili gospodarstwo rolne na Zamojszczyźnie i tam też osiedliliśmy się na stałe.
  W 1942 r. zostaliśmy wysiedleni z naszego gospodarstwa. Ja wraz z siostrą byłem wzięty do obozu w Zamościu, skąd udało mi się uciec. Jako uciekinier, nie mając domu, wstąpiłem do oddziałów leśnych i zostałem żołnierzem AK. W oddziale byłem najmłodszy, ponieważ miałem wtedy 15 lat. Braliśmy czynny udział w wielu różnych akcjach, między innymi: rozbrajania Niemców, zdobywania broni. Działając w AK, jednocześnie uczęszczałem na kurs podoficerski, a także na zajęcia tajnego nauczania.
  W 1944 r. w lipcu na Zamojszczyznę wkroczyła armia radziecka wraz z wojskiem polskim. Zażądano, by członkowie AK oddali broń. Należałem do oddziału specjalnego żandarmerii wojskowej, a nasze dowództwo znajdowało się w Warszawie. Stamtąd otrzymaliśmy rozkaz by nie oddawać broni. Tak też uczyniliśmy. Nasz oddział stacjonował w mieście. By nie dać się rozbroić ukryliśmy się w lesie. Tam odbył się apel, na którym dowódca oznajmił wszystkim, że kto nie ma dokąd się udać może pozostać w lesie, natomiast ci którzy nie są zagrożeni i mają dokąd pójść, mogą (oczywiście zabierając ze sobą broń) udać się do domów. Zaznaczył także, że wszyscy jesteśmy nadal żołnierzami i obowiązuje nas przysięga. Wróciłem do domu i zgłosiłem się do gimnazjum w Szczebrzeszynie by kontynuować przerwaną naukę w II klasie.
   W nocy z 25 na 26 października 1944 r. przybył goniec z wiadomością żeby zameldować się u dowódcy oddziału.  Wcześniej dowiedziałem się, że były aresztowania i między innymi został zatrzymany mój ojciec. Postanowiłem, że w drodze do dowództwa wstąpię do domu i dowiem się szczegółów. W tym czasie NKWD zostało powiadomione gdzie przebywamy i zrobiono na nas obławę. Było nas czterech. Dwóm kolegom udała się ucieczka, ja niestety zostałem postrzelony w rękę i ujęty. Było to 27 października. Zawieziono nas do Zamościa, gdzie odbyło się śledztwo, w czasie którego byliśmy bici i dręczeni. Niejeden z przesłuchiwanych na skutek bólu przyznawał się do czynów, których nie popełnił. 11 listopada 1944 r. odbył się sąd. W celi zamojskich koszar przy ul. Lubelskiej było nas uwięzionych 27. Byłem sądzony wraz ze swoim ojcem i Stanisławem Sudą, pochodzącym z Bogumiłowic. Sąd nie pytał nas o nic, tylko odczytano wyrok. Otrzymałem karę śmierci, ale ze względu na młody wiek (miałem wówczas 17 lat), zamieniono ją na 10 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych. Ojciec i Stanisław Suda także otrzymali karę śmierci. Ich wyroki zostały wykonane 14 listopada. Mnie natomiast 20 listopada wywieziono do Lwowa. Tam w więzieniu ostrzyżono nas, pobrano nam odciski palców i przygotowano do transportu.
  W dniu 5 grudnia zostaliśmy załadowani do bydlęcych wagonów, w których tłok był tak duży, że nie można było usiąść. Następnego dnia pociąg ruszył. W czasie drogi na daleką Północ, transport zatrzymywał się na stacjach, by można było wyładować tych, którzy nie wytrzymali znojów podróży i w pociągu zakończyli ziemską wędrówkę.
Po 5 tygodniach jazdy w nieludzkich warunkach, dotarliśmy do miejscowości Peczora. Byliśmy tak wycieńczeni, że większość z nas nie mogła o własnych siłach wyjść z wagonów. Tutaj stanęliśmy przed komisją więzienną i okazało się, że żaden z nas nie jest zdolny do jakiejkolwiek pracy. Położono nas w więziennym szpitalu. Ci, którzy byli wycieńczeni z głodu, a oprócz tego nic im nie dolegało, bardzo szybko wracali do zdrowia. Po jakimś czasie wypisano nas ze szpitala i wysłano do pracy. Do szpitala wracałem jeszcze kilkakrotnie, ponieważ w obozach panowały tak ciężkie warunki, że nie dało się długo wytrwać. Na tym terenie mrozy dochodziły do -60 stopni C, co powodowało liczne przypadki zamarznięć, a w lżejszych przypadkach groźnych odmrożeń. Pewnego dnia przy temperaturze -57 stopni C przy silnym wietrze odmroziłem twarz tak mocno, że skóra pozostała w masce ochronnej, w której pracowałem.
   W obozie przebywałem 9 lat, 7 miesięcy i 6 dni. Do 1948 r. pracowaliśmy przy układaniu torów kolejowych na trasie Peczora - Workuta. W 1948 r. więźniowie polityczni zostali oddzieleni od kryminalnych, co wpłynęło na zwiększenie reżimu w obozie. Otrzymaliśmy numery napisane na białych szmatach, które mieliśmy przypięte na plecach. Miałem numer K-180. Od tej pory nieważne były nasze nazwiska. Każdy z nas był tylko określonym numerem. Rozpoczęliśmy pracę w kopalni węgla kamiennego w miejscowości Inta, która leżała na trasie Peczora - Workuta. Na 2 tygodnie przed zakończeniem wyroku, przewieziono nas do miejscowości Ed. Kyrta i tam nam oświadczono, że jesteśmy wolni. Jakaż to była wolność, gdy nadal nie mogliśmy opuszczać miejsca swego pobytu. W kopalni pracowałem do 1955 r.
   Dzięki staraniom mojej rodziny, jako jeden z nielicznych, wróciłem z tej „nieludzkiej ziemi” do Polski 13 grudnia 1955 r. Odszukałem rodzinę z którą miałem słabe kontakty ponieważ z obozu można było wysyłać 1 list na kwartał. List, jeżeli tak można nazwać lakoniczne stwierdzenie „żyję i jestem zdrowy”. Jako adres zwrotny podawaliśmy numer moskiewskiej skrytki pocztowej, żeby nikt się nie dowiedział gdzie tak naprawdę jesteśmy. Po powrocie do Polski, przez długi okres czasu nie mogłem przyznawać się do tego gdzie przebywałem.
   Do dziś dnia brzmią mi w uszach słowa: „Krok w lewo, krok w prawo - będę strzelał bez ostrzeżenia”. Ta krótka formułka mogła w każdej chwili stać się przepustką do wieczności. Wystarczyłby jeden krok. Ja przeżyłem. Nie wiem ilu z nas zostało tam na wieki...
   Pan Zdzisław Baran, począwszy od roku 1989 jest członkiem Związku Sybiraków, a od 9 marca 2007 roku pełni funkcję Prezesa Związku Sybiraków w Tarnowskim Oddziale. Od 1999 roku jest członkiem Związku Żołnierzy Armii Krajowej. W roku 2004 Minister Obrony Narodowej mianował Go do stopnia porucznika.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież