Zapraszamy w Piątek 28.09.2018 przy figurze NSPJ i MB Wsp. Wiernych na Zatorzu

   

LOKALIZACJA

   

LITURGIA SŁOWA BOŻEGO  

   

BIBLIA MP3  

   

Warto przeczytać  

AUTOR
Ks. dr hab. Zbigniew Wolak
>> czytaj więcej... <<

Rozważania publikowane
na naszej stronie
=>> ZOBACZ <<=

   

Felietony /archiwum/  

>> czytaj więcej... <<

Śp Ks. Proboszcz
mgr Wiesław Jemioło
/autor/

   

MÓL KSIĄŻKOWY POLECA  

ARCHIWUM

/ŚP. Wiesław Kutek/
Kto czyta - żyje wielokrotnie
Kto zaś z książkami
obcować nie chce -
na jeden żywot jest skazany

   

MISJE W KAZACHSTANIE  

NASZ RODAK NA MISJACH
W KAZACHSTANIE


Ks. mgr Piotr Kluza

 

   

Ciekawe Linki  

   

(wspomnienia o moim proboszczu ze Zdziarca)

Ks. kanonik Zygmunt Zając był bohaterem różnych anegdot, które zawsze mi się kojarzyły z postacią Sienkiewiczowskiego Onufrego Zagłoby, człowieka pogodnego, wesołego, ale też szlachetnego, pełnego życzliwości dla innych, szczególnie dla przyjaciół. Do tego porządnego Polaka i katolika. Tak sobie zapamiętałem Zagłobę i jeśli ks. Zygmunta pozwalam sobie w żartach nazywać „Zagłobą w sutannie”, to takie dobre cechy łączę również z jego osobą. Podzielę się teraz niektórymi historyjkami i anegdotkami, które pozostały mi w pamięci i jeszcze milszymi czynią wspomnienia z czasów bycia wikarym w Zdziarcu i katechetą na Żarówce. Nie ręczę za moją pamięć w odniesieniu do tego, co sam przeżyłem i tego, co usłyszałem od innych. Dlatego te historyjki wolę traktować jako anegdotki, a niedostatki rzetelności faktograficznej chcę zrównoważyć stanowczym stwierdzeniem, że ks. Zygmunt Zając był dla mnie zawsze przełożonym i współpracownikiem wspominanym z największą życzliwością.

Zacznę od początku, a na początku była jadalnia. W pierwszy dzień po moim przybyciu do parafii obiad jedliśmy w jadalni na chyba białym, a na pewno eleganckim obrusie. Na drugi dzień jadalnia, mniej elegancki, ale całkiem dobry obrus. Trzeci dzień – jadalnia i cerata, czwarty dzień: kuchnia. I że nie narzekałem na „kuchenne ciągoty”, tak zostało już do końca, kuchnia była dość obszerna i zawsze była miłym miejscem spotkania dla wszystkich domowników. Nawet z paroma kotami, które grzecznie się przemieszczając po dozwolonym dla siebie terenie znały nas jednak na tyle dobrze, że jednoczenie uczyły nas tak ważnej dla młodych kierowców zasady ograniczonego zaufania.

Jako właśnie młody kierowca z najwyższą uwagą i na pewno z niemałym pożytkiem uczyłem się od mojego przełożonego sztuki kierowania kupką metalu, gumy i plastików spod znaku 126 (pewnie liczba sposobów użycia młotka i majzla przez biegłych mechaników). Najpierw trzeba zadbać o to, by samochód był sprawny we wszelkich warunkach. Jednego razu z rana ks. kanonik zapukał do moich drzwi, pogoda była paskudna, padało i siąpiło na zmianę, niebo zasnute ciemnymi chmurami, a świat łatwiej było usłyszeć niż zobaczyć. I powiada mi ks. kanonik, że wycieraczki mu nie działają, w ogóle się nie ruszają. Zakończył pytaniem, w którym brzmiała autentyczna ciekawość: „Bo ja dzisiaj do Krakowa jadę i te wycieraczki to by się chyba przydały?” Po głębszym namyśle doszliśmy do przekonania, że owszem, przydałyby się. Pomogła wymiana bezpiecznika.

Ks. kanonik doświadczył również tego, że w podróży samochodem przydają się nie tylko wycieraczki, ale również paliwo. Pojechał raz do Mielca i wrócił doczepiony linką do jakiegoś samochodu ciężarowego. Na pewno nie wzywał żadnej pomocy drogowej, tylko zagarnął pomocnika z trasy. Jeden z księży mi opowiadał, że jak się raz maluch zepsuł na drodze, ks. Zygmunt wyszedł na środek (wtedy nie jeździli jeszcze jak wariaci), zatrzymał kilkanaście samochodów i w którymś trafił się jakiś bieglejszy mechanik, który samochód naprawił. A jeszcze innym razem (to chyba z opowiadania gospodyni, pani Marii Kiszka, o której też zachowałem jak najlepsze wspomnienia i mam nadzieję, że mi już wybaczyła moje pedagogiczne zapędy wobec niektórych kotów) wracał z gosposią z Luszowic do Zdziarca najpierw o zmierzchu, a potem wieczorem. W Luszowicach zostawił na drodze samochód z zapalonymi światłami i nie zamknięty, bo zamykanie samochodu uznawał widocznie za przesąd. Jakiś życzliwy przechodzień otworzył samochód i wyłączył światła, żeby akumulator się nie wyczerpał. Po skończonej wizycie wsiedli do samochodu, ale światła z nieznanego powodu już nie świeciły. Przez las dało się przejechać, bo było pusto, ale na drodze mieleckiej jechać bez świateł już się nie dało. Ks. kanonik starym obyczajem zatrzymał jakiś samochód, opowiedział historię (bo przyczyny nie znał) awarii, młody kierowca podszedł do samochodu, pstryknął przełącznik świateł i wszystko wróciło do normy. Popatrzył nieco dziwnie na starszego kierowcę i pojechał. Musimy go zrozumieć, młodzi nie zawsze mają świadomość tego, z jakimi historiami muszą się zmagać starsi ludzie.

Teraz wróćmy do historii z samochodem przywleczonym z drogi mieleckiej. Rano proboszcz poprosił mnie o ściągnięcie mechanika do samochodu, co czym prędzej uczyniłem, a ten doświadczony w naprawianiu rzeczonego samochodu sprawdził poziom paliwa i stwierdził doskonałą pustkę. Po wlaniu paliwa samochód ślicznie ruszył, ale nie wolno  mi zataić faktu, że miał zepsuty wskaźnik paliwa, co jest pewną okolicznością łagodzącą w ocenie postępowania zaskoczonego kierowcy, którego samochód jechał, a potem przestał. Historia ta zdarzyła się niedługo przed Wielkanocą i podkusiło mnie, żeby wykorzystać ją w kazaniu na Wielki Czwartek. Mówiłem coś o łasce i naturze i powiedziałem, że natura ludzka jest jak samochód, który choćby nie wiem jak się starał, nic nie poradzi bez łaski, czyli bez paliwa. I dodałem: „Jak ktoś nie wierzy, niech zapyta ks. kanonika”. Siedział on w konfesjonale i przywołany przeze mnie uśmiechnął się – ale że było dość daleko, to nie jestem pewien: z życzliwością czy z politowaniem… Tu jednak historia się nie kończy. Kilka lat później sam jechałem samochodem, miałem sprawny wskaźnik, ale przy wyprzedzaniu ciężarówki paliwo skończyło mi się w taki sposób, że nie zauważyłem. Na szczęście nie musiałem holować samochodu (na pewno nie potrafiłbym załatwić tego, jak ks. kanonik, czyli zaangażować przygodnego kierowcę) tylko rozpędem dojechałem do warsztatu. Objaśniłem usterkę: jechał i nie jedzie, po czym poszedłem na miasto. Gdy wróciłem, mechanicy dumni ze swej biegłości, powiadomili mnie, że wlali benzynę i można spokojnie jechać. Odtąd obie te historyjki budzą jeszcze więcej śmiechu i potwierdzają zasadę: błogosławiony, kto się potrafi śmiać sam z siebie, bo nigdy mu nie zabraknie powodów do radości. Albo w innej wersji: z kogo się śmiejecie? – z siebie się śmiejecie!

Podróżowanie samochodem miewa utrudnienia powodowane nie tylko sprzętem, ale również przez istoty ożywione – rozumne i nierozumne. Te pierwsze to ludzie (tak ich ktoś zdefiniował i musimy się tego trzymać), ale zacznijmy od tych drugich, czyli zwierzątek. Pewnego razu, a było już ciemno, ks. kanonik dość gwałtownie zapukał do moich drzwi. Gdy otworzyłem, bez zbędnych objaśnień mówi: „Niech ksiądz weźmie nóż i młotek i jedziemy”. Oczywiście byłem zaskoczony, bo nie mogłem sobie przypomnieć o jakichś zatargach z parafią zasowską czy inną, albo o jakichś innych potrzebach (termin z Sienkiewicza), ale nie pytając o nic wsiadłem do samochodu i ruszyliśmy. Okazało się, że po drodze proboszcz trafił w jakiegoś jelenia czy coś podobnego i mieliśmy mu humanitarnie skrócić męki, a potem dopuścić do stołu, w formie dania oczywiście. O ile pamiętam, nic z tego nie wyszło, bo jeleń wziął i poszedł, zlekceważywszy spotkanie z takim kurduplem (za przeproszeniem), jakim był mały fiat. I bardzo dobrze, bo wbrew lokalnym (parafialnym) legendom o moich sprawnościach bojowych (wziąłem parę lekcji karate, a przy tej okazji częściej brałem po gębie niż dawałem) nie bardzo się nadawałem do tego rodzaju akcji.

Z ludźmi ks. Zygmuntowi szło o wiele łatwiej, trzeba powiedzieć, że miał nieograniczoną chyba życzliwość i jakąś odruchową ufność w to, że każdy, kto będzie mógł, na pewno mu pomoże. I nie będzie się czepiał nieistotnych rzeczy. Na przykład pewnego razu wybrał się do Dębicy; duże miasto, wiem, bom się tam urodził. Wjechał w jakąś uliczkę, która się okazała jednokierunkowa (dziwny wymysł nowych czasów) i do tego pilnowana przez młodego milicjanta (tak, to były jeszcze tamte czasy). Młody funkcjonariusz do głębi oburzony tak obcesowym łamaniem praw kraju, który dawał mu utrzymanie, natychmiast zatrzymał niepokornego kierowcę i począł pouczać o konsekwencjach naruszania praw ruchu drogowego. Ks. kanonik wejrzał na niego surowym wzrokiem, wskazał na swoją głowę i mówi: „Synu, popatrz na tę siwiznę! Dlaczego prześladujesz Kościół w mojej osobie?!” Na takie dictum milicjant nie odważył się otworzyć swoich prawowiernych ust, a pokryty siwizną kierowca zapytał: „To mogę jechać?”. Nie wiem, czy i jaka była odpowiedź, ale pojechał – oczywiście w tym samym kierunku, bo przecież nie wolno się godzić na prześladowanie Kościoła!

Tę historię znam z opowieści. Nie zdarzyło mi się chyba, żebym jechał z ks. proboszczem jako pasażer, byłem pewnie za młody na takie doświadczenia. Opowiadano, że raz jak gosposia z nim jechała do Radomyśla, to całą drogę się gorąco modliła. To była bardzo pobożna kobieta, więc chyba dlatego.

Pamiętam naszą wspólną z ks. kanonikiem wyprawę do Krakowa, gdyśmy się trochę pogubili i na wielkim skrzyżowaniu chciałem milicjanta kierującego ruchem jak najkrócej zapytać o drogę. Gdy rzuciłem nazwę dzielnicy, ten się nieco pochylił i przy tej okazji ks. Zygmunt nawiązał z nim dialog, przedstawił się, opowiedział, dokąd i po co jedziemy i w ogóle uciął sobie miłą pogawędkę. Milicjant też umiał się znaleźć, jak należy, zatrzymał cały ruch i puścił nas w lewo w kierunku naszego celu. W drodze powrotnej z powodu paskudnych warunków pogodowych (muszę to zaznaczyć, żeby młodzież źle nie myślała o starszych) zajechałem drogę jakiemuś inspektorowi i sprawa nie wyglądała dobrze. Już miał w rękach moje dokumenty, już grzebał za jakimś solidnym mandatem i wtedy spojrzał na mojego pasażera. Mógł go tylko widzieć, bo na rozmowę było za daleko, ale to wystarczyło, pokiwał litościwie głową nade mną, oddał papiery i życzył bezpiecznego powrotu. Piszę o tym, aby zaznaczyć, że mój proboszcz budził sympatię także samym wyglądem i na odległość.

Zapewne był świadom swojego uroku, ale od czasu do czasu chyba przesadzał z wiarą w jego skuteczność. Oto sławna anegdotka, którą za moich czasów w Zdziarcu raczyli się duszpasterze z dekanatu radomyskiego i okolic. Pewnego razu ks. Zygmunt postanowił skorzystać z autostopu. Wyszedł z plebanii i stanął przy głównej drodze, która jednak jest tylko na tyle główna, że w prawo na pewno prowadzi do Zasowa, a w lewo do krzyżówki; im dalej, tym więcej możliwości przybywało. Stojąc przy tej właśnie drodze nasz podróżnik zatrzymał jakiś samochód ciężarowy i zapytał miłego kierowcę: „Przepraszam, czy pan do Elbląga?” Przypomnę, że w tamtych czasach nie mieliśmy jeszcze biskupa w tym mieście i mało kto wiedział, gdzie to w ogóle jest. W tym momencie niestety anegdota się kończy, bo tradycja nie przekazała odpowiedzi tego grzecznego kierowcy ciężarówki. A nuż rzeczywiście jechał o Elbląga…
Zaufanie ks. kanonika do ludzi przenosiło się czasami i na samochody. Opowiadano jak w dość dawnych czasach, jeszcze za życia ks. Władysława Grzesika, proboszcza w Zasowie, jechali obaj na odpust w Odporyszowie jakimś starym oplem naszego ks. kanonika. W drodze spod maski zaczął się ulatniać dziwny zapach i w końcu pojawił się dym. Zaniepokojony pasażer pyta kierowcę: „Zygmuś, możeś oleju do silnika nie dolał”, na co on: „No coś ty, przecież to zagraniczny samochód, tu się nie leje oleju”. Niestety w tamtych czasach oleje trzeba było lać o obu stronach żelaznej kurtyny, z tym, że po naszej stronie trochę więcej. Skończyło się to zatarciem silnika: nie można ufać nawet martwym – choć ruchomym – przedmiotom.

Ks. Zygmunt umiał też nawiązywać przyjazne kontakty z większymi tego świata. Pokaże to anegdotka z jego pobytu w Ameryce. Najpierw przywołajmy słynnego amerykańskiego gangstera Ala Capone, który powiedział: "Dużo dalej zajdziesz, stosując dobre słowo i pistolet niż tylko dobre słowo". Nie należy twierdzić, że nasz proboszcz chciał daleko zachodzić, ale jakbyśmy w tym powiedzeniu paskudnego gangstera pistolet wymienili na słoik miodu, to byśmy byli bardzo bliscy opisowi pewnego zdarzenia z Filadelfii, gdzie arcybiskupem był kardynał polskiego pochodzenia John Krol, czyli Jan Król. Podobno nasz proboszcz wziął ze sobą słoik polskiego miodu (raczej zwykłego, żeby ktoś nie pomylił z miodami ulubionymi przez p. Onufrego) i poszedł do kardynała w odwiedziny. Pogadali jak starzy znajomi. Kto mi to opowiadał, nie pomnę, czy rzeczywiście tak było, nie wiem, ale słoik miodu na wszelki wypadek trzymam.
Myliłby się zupełnie ktoś, kto by sądził, że ks. proboszcz nie okazywał ochoty do rozmowy z bliźnimi poniżej kardynała. Przeciwnie, łatwo i szybko nawiązywał kontakty ze wszystkimi i to nawet na duże odległości. Mam tu na myśli odległość od okien mieszkania na piętrze do drogi głównej. To jest przynajmniej 50 m, może nie straszna odległość, ale też nie za wygodna do zwykłej rozmowy. Jednak ks. kanonik radził sobie z tą odległością doskonale i nieraz słyszałem, jak prowadził rozmowy z parafianami, którzy znaleźli się w zasięgu jego wzroku i głosu.

Wśród przedmiotów nieożywionych, które nieco gorzej się poddawały urokowi ks. Zygmunta była też rzecz skrajnie abstrakcyjna, mianowicie czas. Obaj chodzili nieco różnymi drogami, co oznaczało dość luźne traktowanie czasu nabożeństw, choć za mnie to się zdarzało bardzo rzadko. Pamiętam tylko, że starsi parafianie opowiadali czasami, że nieraz czas nabożeństw był wyznaczany nie przez zegar, a dzwony. Z kwestią czasu wiąże się anegdotka podobno z okresu wikariatu śp. ks. Władysława Taraska. Ks. Zygmunt, jak dobry proboszcz, umówił się raz z pewną rodziną, że odprawi im specjalną mszę św. o godz. 17.00. Przyszła 17.00, rodzina w kościele, a proboszcza nie ma. Ks. Tarasek biega i szuka go wszędzie, wreszcie przyszło mu do głowy, że może u sąsiada i tak w istocie było. Gdy go zobaczył, zawołał: „To jak to? Ks. proboszcz tutaj? Przecież o piątej miała być msza św. w kościele!” Ks. kanonik lekko się stropił, ale popatrzył raczej niewinnym wzrokiem na swojego wikarego i pyta: „A wszyscy już są?”

Tam, gdzie jak ufamy, nasz Pan umieścił naszego proboszcza w swoim Królestwie, czas – jeśli jest – płynie inaczej i nie trzeba się przejmować jedenastą, siedemnastą czy w ogóle porą, w której gospodarz bierze robotników do swojej winnicy. Nie ma też urządzeń, samochodów czy innych dziwów, które na ziemi ćwiczą naszą cierpliwość i pokazują, na czym polega tzw. złośliwość rzeczy martwych. W tamtym świecie rządzi miłość i życzliwość, czyli to, w czym ks. kanonik Zygmunt Zając celował tu na ziemi. Możemy zapewne ufać, że Jezus, któremu budował kościół w Zdziarcu i służył z radością przez całe życie, wybaczy mu różne drobiazgi, jeśli jakieś były i pozwoli mu czynić niebo miejscem jeszcze większego wesela. Podobnie jak ziemię czynił pogodniejszą i weselszą, gdy po niej chodził.

Podsumuję te wspomnienia kawałeczkami pięknego wiersza Ernesta Brylla pt. „A kto się odda w radość”. Na pewno wykorzystałem go w jakimś kazaniu w Zdziarcu, bo dobrze pamiętam uciechę z fragmentu nawiązującego do nazwiska mojego proboszcza:
„A potem nie jak dusze a niby zające
Ganialiśmy tańcując po zielonej łące
Tak ziemscy jak na ziemi nigdy nam nie było
Bo się brzuchowe z duchowym złączyło”.
Teraz jednak kończąc wspominanie tamtych miłych, dobrych i wesołych zdarzeń związanych z życiem i charakterem ks. Zygmunta Zająca przytoczę tylko krańcowe kawałki tamtego wiersza, z samego początku i z samego końca:
„A kto się odda w radość Panu swemu
Pan mu się odda w radość […] 
Bośmy nareszcie pod Boga uśmiechem
Stali się sobą a nie swoim echem”.

Ks. Zbigniew Wolak

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

   
cpr certification online
cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online